Czemu badania psychologiczne niewiele mówią nam o naturze człowieka?


Jak możemy oceniać zachowanie ludzi skoro badania, na których się opieramy prowadzone są wśród społeczeństwa poddawanego patologicznym czynnikom? Jak możemy nazwać, co jest naturalnym zachowaniem człowieka w środowisku dobrostanu, kiedy badamy ludzi żyjących daleko od warunków, do których człowiek ewoluował przez setki tysięcy lat?

Badania z zakresu psychologii istnieją mniej niż 150 lat. Większość z nich przeprowadzane było i wciąż jest wśród ludzi cywilizowanych, a więc żyjących w naszych społeczeństwach, w naszej kulturze. To na podstawie tych badań wyrokuje się, co jest normalnym, naturalnym zachowaniem człowieka. I tak z biegiem lat definicja patologii zmieniała się. Kiedyś na przykład badania wśród dzieci w ogóle nie różnicowały, czy dziecko było bite czy nie, bo to uważane było za normę, ale z czasem bicie zakwalifikowano do patologii w rodzinie. A np. karmienie dziecka piersią wedle grafika, a nie wtedy, kiedy dziecko chce do tej pory nie nazywa się patologią (chociaż wielu rodziców jest już na tyle świadomych, że nie chcą odmawiać niemowlęciu pokarmu, kiedy jest głodne.)

Największym jednak problemem badań jest to, że prowadzone są one wśród przedstawicieli naszego społeczeństwa.

Społeczeństwa, żyjącego we współczesnym, cywilizowanym świecie, tak silnie nam niesprzyjającym. Środowisko, w którym wzrasta, przebywa człowiek wpływa na jego zachowanie, a kiedy jest niesprzyjające to w mniejszym, bądź większym stopniu przyczynia się do odejścia człowieka od tego, kim mógłby być w bardziej sprzyjających okolicznościach.

Powiedzenie, że człowiek jest z natury rywalizujący, agresywny czy skłonny do zdrady to jakby powiedzieć, że wszystkie samce lwów pożerają dzieci innych lwów, bo takie zachowania zaobserwowano wśród tego gatunku w okresach skrajnego głodu. Albo powiedzieć, że wszystkie ptaki budują swoje gniazda nad asfaltami, bo tak robią, gdy teren jest zabudowany i nie ma dostępu do rzeki, nad którą instynkt nakazuje ptakom te gniazda budować. Albo że samice chomików syryjskich mają w nawyku pożeranie własnych dzieci, ponieważ faktycznie czasami tak robią, ale tylko w wielkim stresie, gdy matkę oddzieli się za wcześnie od dzieci i nie rozwijają one instynktu macierzyńskiego, a później po prostu swoich dzieci nie rozpoznają. Wszystkie te przykłady nie opisują wrodzonych, normalnych zachowań tych zwierząt. Opisują zachowania, które pojawiają się w skrajnych sytuacjach, gdy naturalny bieg rzeczy zostaje zakłócony. Oczywiście, bywa on zakłócany z całkiem naturalnych powodów (np. nagły atak drapieżnika czy po prostu klęska suszy/głodu). Ale gatunki te, w swojej najlepszej wersji, w swoim dobrostanie skłonne są do zupełnie innych zachowań.

Uczymy dzieci, że fast foody są niezdrowe, a jednocześnie wychowujemy je w środowisku przesyconym tymi fast-foodami. Uczymy dzieci, że dobra komunikacja jest bardzo ważna, a jednocześnie skazujemy je na przebywanie od rana do wieczora z osobami o całkowicie zaburzonej komunikacji. Trąbimy o konieczności profilaktyki depresji, a w tym samym czasie całkowicie akceptujemy, że większość ludzi przez większość swojego dnia zmuszona jest do cierpliwego znoszenia patologii, takiej jak toksyczny szef w pracy, chora rywalizacja, konieczność zostawiania dziecka pod opieką obcych, aby zarobić na dom, przekazy medialne o tym, jak to wszyscy powinniśmy być piękni, szczupli i młodzi, bombardowanie nas w internecie i mediach pornografią, system szkolnictwa, w którym dzieci uczy się być posłusznymi, zamiast myśleć, czy systemy pracy, w których musimy robić szereg bezsensownych czynności i jeszcze zdawać z tego raporty. Przykładami można by wypełnić cały ten post.

Aby poznać człowieka takim, jakim naprawdę jest (a może raczej mógłby być) możemy użyć dwóch metod – obserwacji świata gatunków podobnych do nas i obserwacji świata ludzi żyjących na wcześniejszych etapach rozwoju cywilizacji.

Pierwsza metoda, niestety, obarczona jest błędem. Po pierwsze – inne gatunki zawsze będą jednak innymi gatunkami. Po drugie – ewolucja potrafiła zastosować te same rozwiązania nie tylko u podobnych do siebie gatunków, ale i u całkiem od siebie odległych, różniących się budową i środowiskiem. Założenie zatem, że sens ma jedynie porównywanie gatunków podobnych może wykasować nam z pola widzenia wiele cennych obserwacji.

Druga metoda – obserwacja dziko żyjących ludzi – staje się coraz trudniejsza, bowiem mamy takich ludzi na świecie coraz mniej. Trzeba podkreślić również, że każde takie plemię ma swoją kulturę i może w znacznym stopniu różnić się od siebie zachowaniem, rytuałami itp. Chodzi jednak głównie o to, aby spróbować przyjrzeć się istotom, które – tak jak my – korzystają z umiejętności przekazywania sobie wiedzy i zachowań społecznych, ale jednocześnie nie odcięły się jeszcze w tak wielkim stopniu od tego, co dała nam natura, ewolucja.

Co  moglibyśmy zyskać, dzięki takim analizom? Przede wszystkim, mamy szansę na obalenie mitów na temat natury człowieka. Być może przedefiniowanie pojęcia „natura ludzka” z „egoistyczna, rywalizacyjna, bezwzględna, samolubna” na… no właśnie nie wiadomo na jaką, ale na taką, która ujawnia się w naturalnych warunkach dobrostanu człowieka. Nie zaś w warunkach współczesnej cywilizacji. Możemy też poznać bliżej i zrozumieć te mechanizmy, które są uwarunkowane ewolucyjnie. Moglibyśmy również przedefiniować sposoby wsparcia człowieka, pomocy mu, kiedy tego potrzebuje. Współcześnie popularne jest leczenie objawowe, a nie przyczynowe. Jak boli brzuch to lekarz daje tabletkę przeciwbólową, a jak coś w brzuchu wyrośnie, to się to wycina. Podobnie jest z psychoterapią – leczymy skutki wychowania w niesprzyjającym środowisku, zamiast zmieniać to środowisko. Staramy się zmieniać swoje odruchy, mechanizmy, zachowania, katujemy się, że nie jesteśmy tacy, jak powinniśmy być. Ale wciąż pozostajemy w tym samym, szkodliwym środowisku. Często staramy się jedynie nauczyć samych siebie, jak lepiej przetrwać w warunkach, które nam szkodzą. Problem w tym, że tak rzadko zmieniamy prawdziwe przyczyny naszego cierpienia.

Realna zmiana to przede wszystkim zapewnienie sobie środowiska, które nie będzie nas niszczyło, lecz wspierało nasze naturalne, zdrowe mechanizmy. Zdrowym odżywianiem, prawidłowym oddechem czy higieną zapewniamy sobie korzystne wewnętrzne środowisko. Podobnie, możemy zapewnić sobie korzystne środowisko na zewnątrz swojego organizmu. Środowisko takie obejmuje czynniki fizyczne, psychiczne i społeczne (np. bezpieczeństwo fizyczne, zapewnienie bytu, przetrwania, kontakt ze zrównoważonymi ludźmi, bliskość z nimi, poczucie wspólnoty, ale również poczucie wolności wyboru, swobody działania, spędzanie czasu z poczuciem tej wolności).

W jaki sposób możemy stworzyć sobie te warunki? Ilu ludzi, tyle na to sposobów. Wydaje mi się, że w pierwszej kolejności warto po prostu zdać sobie sprawę, że próba dojścia do równowagi w patologicznym środowisku to nic innego, jak zachowanie godne Don Kichota. Dzielnie rzucał się on na wiatraki, nie mając jednak szans ani z nimi wygrać ani przegrać. A w międzyczasie marnował życie w przekonaniu, że to, co robi ma jakiś sens…

Uważam, że nie ma szans, aby zmiany powstały na poziomie globalnym. Osoby wybierane do kierowania masami pochodzą i przebywają na co dzień w tak samo zaburzonym środowisku, jak my (a najczęściej nawet jeszcze silniej patologizującym). Jedyną szansą na zmianę są zatem działania oddolne, w których poszczególne jednostki podejmowałyby wysiłki odnalezienia / wytworzenia warunków środowiskowych, które umożliwiają wyłonienie się naszej prawdziwej natury i potencjału.

Ale czy naprawdę mamy na to w ogóle szansę? Pewien dyrektor ośrodka badawczego z szympansami opisywał, że zwierzęta te wychowane według zasad ludzkiej pedagogiki, (choć należałoby raczej użyć słowa patologii), nie były w stanie powrócić do swoich korzeni. Były upośledzone psychicznie, były kalekami w relacjach z innymi, nie potrafiły nawiązać więzi społecznych, bliskości, założyć związków i rodzin, a jeśli już im się to przydarzyło – były okropnymi rodzicami, zaniedbującymi karygodnie swoje dzieci. Jedynym ratunkiem okazało się zabranie noworodków od spatologizowanych jednostek i oddanie ich pod opiekę starszym szympansom, które wychowały się w dzikim środowisku, a więc wolne były od ludzkiej patologii. Dopiero takie działania przyniosły efekt i kolejne pokolenie wyrosło już na dorodne, społeczne, pogodne szympansy, zakładające rodziny i wychowujące z troską oraz zaangażowaniem swoje maluchy. Jak zatem widzimy – jedyną szansą była kategoryczna zmiana patologizującego środowiska.

Czy wśród ludzi jest podobnie? Czy jedynym rozwiązaniem byłoby zabieranie noworodków rodzicom i umieszczanie ich w zdrowym środowisku? Aż ciarki przechodzą na myśl o czymś takim.

Osobiście wierzę, że taka przemiana jest możliwa, ale jednocześnie, że raczej nie jest ona kwestią kilku miesięcy, lecz kilku lat. Ale może jednak warto zamiast próbować być zdrowym i szczęśliwym w chorym otoczeniu, po prostu zmienić otoczenie i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Być może wtedy zamiast pytać, jaka jest prawdziwa natura człowieka, zapytamy – kim człowiek mógłby być, mając świetne warunki do rozwoju?

Podobne wpisy


  • Marzanna

    Cywilizacyjne stresory są też naturalne! Ponieważ my – ludzie tworzący cywilizację jesteśmy naturalni, jesteśmy częścią Ziemi,Kosmosu. Tworzymy ewolucję, ona się dzieje wciąż i wciąż. Nasz agresywna natura każe nam zagarniać, pędzić, tworzyć. Czy nasze mózgi, nasza świadomość nadążą? Część z nas nadąży, a część odpadnie, tak właśnie zadziała ewolucja. Trzeba spojrzeć na to w szerszej perspektywie czasowej, nie dwa czy trzy pokolenia. Psychologia stara się pomóc jednostce na tym „ziemskim padole”, socjologia ułożyć harmonijne współżycie grup ludzkich, wszystko w imię przetrwania ludzkości. Ja jestem pozytywnie nastawiona do przetrwania, ale jeśli zniszczymy sami siebie, to oznaczać będzie tylko tyle, że nie byliśmy wystarczająco inteligentni!
    Dziękuję,że jesteście i poszerzacie zakres ludzkiej inteligencji :))

    • stochy

      Marzanno, świetnie to ujęłaś – my również jesteśmy „produktami” natury. Zastanawiamy się też, czy czasem nie jesteśmy – na obecnym etapie – takim ślepym zaułkiem ewolucji, takim pawim ogonem 🙂 Bo jeśli tak – warto próbować się ogarnąć, zanim się nas ta ewolucja pozbędzie 😉

  • Marzanna

    Stan nieustającej szczęśliwości nie jest możliwy ani korzystny dla żywych organizmów (zwierzęcych, bo na razie za mało wiemy o roślinach). Obecnosć czynników szkodliwych,czy to fizycznych ,czy psychicznych jest pozyteczne dla prawidłowego funkcjonowania, tak jesteśmy ewolucyjnie zaprogramowani. Zapewne znane jest Wam zjawisko hormezy, które tłumaczy międzyy innymi dobroczynne działanie promieniowania rentgenowskiego w niewielkich dawkach. Innym, znanym od tysiącleci, przykładem jest okresowy głód/post, działający regulująco na układ pokarmowy a tym samym cały organizm. Psychika człowieka też potrzebuje stresorów – prawdziwych problemów do rozwiązania- gdy ich brak pojawia się bezsens i depresje. Depresja jest chorobą świata ” cywilizowanego” – najedzonego ! Szukamy więc stresorów bezsensownych z punktu widzenia biologicznej egzystencji ludzkiej – np.sport – chęć osiągania ekstremalnych wyników w dziedzinach nieprzydatnych w życiu pospolitym (gra w tenisa,golfa, piłkę,itp, wspinaczka wysokogórska-nie ma warunków do życia na 8 tys.metrów,więc po co ćwiczyć tę umiejętność?) Właśnie dla stresu, dla poczucia adrenaliny. Tak więc dobrostan bezstresowy jest tak samo szkodliwy jak nadmiar napięcia , cóż pozostaje nam DROGA ŚRODKA ;))

    • stochy

      Marzanno,

      Zgadzamy się, że nieustająca szczęśliwość to zaburzona homeostaza. Zgadzamy się również, że obecność czynników powszechnie uznanych za szkodliwe może być pożyteczna. Ławo to zaobserwować na przykładzie frustracji u niemowląt – stresują się, że nie mogą czegoś zobaczyć, ale to właśnie ta frustracja motywuje je do prób unoszenia główki. Później frustrują się, że nie mogą czegoś sięgnać i zaczynają pełzać, raczkować, w końcu chodzić. Frustracja, która im towarzyszy nie jest przyjemna, ale motywuje je do rozwoju. Zastanawiamy się jednak, jak można by ocenić poziom stresorów cywilizowanego świata? Bo te stresory naturalne, można powiedzieć – zaprogramowane przez ewolucję – działają z pewnością korzystnie, motywująco, ale co z tymi cywilizacyjnymi? Jakie strsory są pożyteczne, a jakie to już zbyt dużo? Oto jest pytanie!

      Co do źródeł depresji współczesnego świata – nam się wydaje, że świat jest raczej “przekarmiony”, aniżeli ”porządnie najedzony”. I to zarówno czysto fizycznie (puste fast-foody zamiast wysokiej zawartości składników odżywczych), jak i psychologicznie (zalew informacji, ale tak niewiele prawdziwie ważnych treści) oraz przede wszystkim emocjonalnie (tysiące znajomych, a tak niewiele bliskich więzi). Będziemy zresztą pisać o tym w jednym z najbliższych postów 🙂

      Dziękujemy za jeden z pierwszych komentarzy na naszym blogu i mocno pozdrawiamy 🙂