Czy kobietom się opłaca „lecieć na kasę”?


Podobno każda kobieta w głębi duszy potrzebuje, aby mężczyzna utrzymywał dom, a przynajmniej zarabiał więcej niż ona. Albo chociaż miał perspektywy na dobre zarabianie w najbliższej przyszłości. Kobieta chce też, aby mężczyzna był rosły i postawny. Ewentualnie, jeśli już jest słaby to, żeby piastował jakieś wysokie stanowisko, miał poważanie w społeczeństwie. Czyli opcja idealna to – umięśniony burmistrz miasta w drogim garniturze.

Na potrzeby zwartej treści wpisu nie będę dzisiaj odnosiła się do zjawiska ostatnich lat, czyli potrzeby kobiet, aby mężczyzna oprócz powyższych cech był jednocześnie wrażliwy i opiekuńczy. O tym będzie kiedy indziej.

Co ciekawe, twierdzenie, że kobiety uznają wspomnianego burmistrza za bardzo pożądanego nie tylko jest powielane w co drugiej gazecie, przez co drugą babcię, ale jest to również stanowisko sławnych przedstawicieli świata nauki, takich jak psycholog David M. Buss. Opisał on w swojej książce “Ewolucja pożądania”, gdzie analizuje badania naukowe w tym temacie, że faktycznie dla kobiet mocno liczą się powyższe cechy, kiedy biorą pod rozwagę czyjąś kandydaturę na męża. Czy to oznacza, że mamy taki oto fakt naukowy i że taka oto jest kobieta? Niekoniecznie. Oznacza to jednie, że większość badanych osób podziela takie przekonanie. Nic nam to nie mówi o tym, czy taka zasada ma sens, czy się opłaca i czy kobieta może wyjść poza ten schemat. I na pewno nie mówi to nic o tym, czy takie kobiety są w tych związkach szczęśliwe. (Więcej na temat nieprzydatności badań psychologicznych napiszemy w najbliższym poście).

Zanim jednak nazwiemy sąsiadkę, co wyszła za gościa z beemką “blacharą”, zastanówmy się chwilę, czemu właściwie kobiety dokonują czasami takich wyborów? Co stoi za decyzją o tym, że ktoś chce spędzić życie u boku kasiastego mężyczyzny, nawet jeśli ten związek nie jest do końca udany?

Wyżej opisana trójca – mięśnie, kasa i pozycja – zapewniają kobiecie w jej wyobraźni ogromną potrzebę – poczucie bezpieczeństwa. Dodajmy, że potrzebę niezwykle pierwotną, wrodzoną i jak się wydaje – jedną z ważniejszych w kontekście ogólnego dobrostanu. Jak ktoś zaatakuje – mięśniak nas skutecznie obroni. Jego kasa nigdy nie pozwoli głodować ani nam, ani naszym dzieciom. A wysoki status społeczny zwiększa szansę na bezpieczne życie, bo dosyć, że onieśmiela potencjalnych atakujących, to jeszcze najczęściej wiąże się z pokaźnym majątkiem. Z tej perspektywy zachowanie kobiet wydaje się naprawdę logiczne.

Jednak kluczem do naświetlenia prawdy w tej sytuacji wydaje mi się rozdzielenie, co jest faktem, a co jedynie pobożnym życzeniem. Powiedzmy, że Basia poznaje Stasia. Faktem jest, że Staś jest duży. Jest prezesem wielkiej firmy i jest obrzydliwie bogaty. Faktem jest, że Basia niczego sobie. Miła, łagodna i pogodna. No i fakt niezbity – wespół, zespół – się pobrali. Ale reszta – to jest już wielka niewiadoma.

  1. Basia może całe życie być bardzo szczęśliwa u boku Stasia, mając bezpieczeństwo, utrzymanie i kasę “na waciki”.
  2. Basia może być bardzo szczęśliwa, mając co tam tylko może baba zapragnąć, ale tylko przez dwa lata, bo Staś zginie w wypadku, jadąc 160 km/h swoją super furą.
  3. Basia może być szczęśliwa, ale tylko przez 6 lat, bo później przekroczy 30-stkę i już nie będzie się wydawała Stasiowi taka “niczego sobie”, tylko taka bardziej “niczego”.
  4. Basia już po kilku miesiącach przestanie być szczęśliwa, bo chemia między nimi zacznie się ulatniać, a alkohol we krwi Stasia już nie bardzo. Basia lubi drogi, mocny makijaż, ale niekoniecznie taki, którym musi zakryć siniaka pod okiem.
  5. Basia będzie szczęśliwa w takim układzie, ale tylko przez 2 lata, bo później zacznie odczuwać potrzebę samorozwoju. Znudzona życiem w drogich sklepach zapisze się na kurs fotografowania i powoli zacznie budować swoje szczęście niezależnie od swojego związku.
  6. Basia już po kilku miesiącach stwierdzi – kurcze, jest kasa, są mięśnie, jestem “prezesową”, a dalej się budzę i nudzę? Pójdzie do Stasia i weźmie kasę na psychoterapeutę.

Scenariusze można mnożyć, ale sądzę, że już załapaliście sens mojego przekazu – w życiu bywa różnie. Jak to mawiał mój przyjaciel ze studiów, Konrad – “Najlepsza teoria psychologiczna brzmi – może być tak albo tak”. I jakkolwiek by to śmiesznie nie brzmiało – sporo w tym prawdy życiowej. A co z niej wynika?

Zaspokojenie upragnionego przez “blachary” poczucia bezpieczeństwa poprzez małżeństwo z portfelem jest mało prawdopodobne. Ta głęboka, delikatna potrzeba jest zwyczjanie zależna od zbyt wielkiej ilości czynników. Będąc szczerą – uważam, że stałe poczucie bezpieczeństwa w ogóle jest mało możliwe. Owszem, możemy ustawiać swoje życie tak, aby minimalizować ryzyko straty – nie skakać na bungee, jeździć wolno samochodem, nie palić. Ale gdzie przebiega tutaj granica? Czy nie chodzenie w szpilkach, aby nie złamać nogi jest już jej przekroczeniem? A nie jedzenie na mieście, żeby się nie zatruć? A sprawdzanie telefonu swojego faceta? Sami czujecie na jak grząski grunt można w ten sposób wejść.

Nieustające próby monitorowania środowiska i manipulowania nim są jedynie próbami uniknięcia zagrożenia. W ten sposób owszem, udaje nam się wielu takim zagrożeniom zapobiec, ale z pewnością nie udaje nam się zbudować poczucia bezpieczeństwa. Na początkowych etapach naszego rozwoju bezpieczeństwo zapewniają nam inne osoby – opiekunowie. Dojrzewamy sobie, każdym tam w swoim tempie, ale wciąż wydaje nam się, że to ktoś inny może nam to poczucie bezpieczeństwa zapewnić. Jeszcze troszkę dojrzewamy i wydaje nam się, że bezpieczeństwo to coś, co zapewniamy sobie sami – robiąc coś, abo czegoś nie robiąc. Ale czasami życie sprawia, że dojrzewamy jeszcze bardziej i dochodzimy do wniosku, że jednak, kurka, “panta rhei”. Wszystko płynie, nieustannie się zmienia. A najlepsze, w co możemy zainwestować, to w umiejętność skutecznej adaptacji do tego, z czym przychodzi nam się mierzyć.

W swojej książce “Klub szczęśliwych żon” Weaver Fawn analizuje historie, które zebrała jeżdząc po różnych zakątkach świata i rozmawiając z szczęśliwymi parami, z co najmniej 25-letnim stażem. Autorka opisuje małżeństwo lekarzy, którego partnerzy urodzili się oboje w totalnej biedzie. Poznali się, pokochali i “żenilis” (jak mawiała moja Prababcia Walentyna, co pochodziła z Odessy). Marzyli o medycynie, ale nie mieli na to finansów. Najpierw zatem on pracował bardzo ciężko, aby ona mogła studiować. Po kilku latach ona zaczęła pracę jako lekarz, utrzymywała dom, a on poszedł na studia medyczne. Z biegiem czasu oboje rozwijali swoje praktyki, ciesząc się życiem, o jakim marzyli. Życiem, którego być może by nie mieli, gdyby kierowali się stereotypem, kto kogo ma utrzymywać. Weaver Fawn nazywa takie podejście “pracą zespołową”, przytacza wiele jego przykładów i podkreśla, że w różnych miejscach świata jest ono podstawą prawdziwie szczęśliwych związków. Wiele lat temu ktoś już ładnie nazwał takie podejście, sugerując: “Stańcie się jednym ciałem.” Może warto spróbować…

P.S. Jak wielki wewnętrzny niepokój musi trawić kobiety, które decydują się zrezygnować z poszukiwania prawdziwej, głębokiej więzi, aby już teraz, od razu, natychmiast móc poczuć się bezpiecznie? Gdy wspominam taki niepokój u samej siebie czuję nieprzyjemny dreszcz na plecach. I mimo że nigdy akurat nie lokowałam swojego bezpieczeństwa w zasobności partnera, to w niejeden syf się wpakowałam zaślepiona dążeniem do stabilizacji… Panta rhei. That’s all.

Podobne wpisy