Co pomaga w budowaniu związku? (część I)


Dzisiejszy wpis jest odpowiedzią na zadany nam przez naszą drogą Czytelniczkę temat. Mimo że padł on w mailu akurat od niej, to znamy naprawdę wiele osób, które artykułowały podobne pytania – do przyjaciół, sióstr, matek. Do terapeutów, półek z poradnikami. Do luster.

Jest nam z Mążczyzną ze sobą dobrze. Ale pamiętamy insze czasy, oj pamiętamy. I onegdaj nie bywało tak różowo… Wiele byśmy dali, żeby przekazać samym sobie w wieku 20 lat tę wiedzę, którą obecnie mamy na temat relacji międzyludzkich. Nie, nie pozjadaliśmy wszystkich rozumów. Ale jednego nam odmówić nie można – wciąż potrafimy uczyć się na swoich błędach. A że popełniliśmy ich naprawdę sporo, zatem mamy się czym dzielić 🙂

Są osoby, które uduchowionym tonem mówią: „Nie szukaj, sam się znajdzie”. Rozumiemy ten przekaz, ale dla nas to taka półprawda. Bo faktycznie, jakiś tam partner zawsze się znajdzie, ale czy uda nam się stworzyć razem udaną relację? Tu już może być różnie.

Zatem o czym warto pamiętać, jeśli chcemy tworzyć stabilny związek?

1. Dbałość o rozwój osobisty

Aby stworzyć udaną relację, nie trzeba być dojrzałym. Brzmi to kontrowersyjnie, bo w końcu jednym z częstszych haseł w kłótniach jest “Dorośnij wreszcie!”. Jednak ludzi super dojrzałych w świecie zachodnim jest bardzo mało i skoro jest to towar deficytowy, to kierując się głównie nim możemy sobie szukać i szukać partnera przez całe życie. Wśród cech, które składają się na dojrzałość jest jednak taka, która wydaje nam się absolutnie niezbędna – otwartość na rozwój. Jeśli sporo mamy jeszcze niepoukładane, wciąż jesteśmy impulsywni, zależni, boimy się krytyki, mamy perfekcjonistyczne zapędy, albo trudno jest nam się zmotywować – to wszystko nie oznacza, że nie możemy stworzyć udanej relacji. Jasne, nasz związek będzie doświadczał czasami ekstremalnych prób. Ale jeśli obie strony są otwarte na rozwój, to taka relacja ma szansę rozkwitać. Nawet wtedy, gdy pierwsze kroki stawia brodząc po kolana w błocie…

2. Akceptacja wypływająca ze zrozumienia

Jak się nie rozumiemy, to się osądzamy, oceniamy, a w efekcie od siebie odsuwamy. Tak to działa między ludźmi, ale też w relacji z samym sobą (“Ale jestem głupia, że tak wybucham złością”, „Nienawidzę siebie!”). Wiemy, że wszędzie trąbią o akceptacji, ale mamy wrażenie, że trochę mylnie się tego słowa używa (a może po prostu nie rozumiemy tej koncepcji 😉 W każdym razie – o wiele łatwiej jest zaakceptować, że facet ucieka w pracę, jeśli wiemy, że człowiek tak robi, kiedy odczuwanie emocji jest dla niego zbyt trudne do udźwignięcia. Łatwiej jest akceptować, że kobieta ciągle gada, jeśli wiemy, że to gadanie ma przykryć to, jak bardzo się ona boi. Albo, że flirtowanie z innymi nie jest wymierzone w nas, tylko świadczy o niezaspokojeniu jakichś potrzeb. Czy to oznacza, że powinniśmy wszystko akceptować, każdą oznakę niedojrzałości emocjonalnej czy każdy przejaw emocjonalnego zamrożenia? Nie.

Uważamy, że najlepiej, gdy akceptujemy tylko tyle, na ile pozwala nam nasza własna dojrzałość.

Jeśli czujemy, że jakieś zachowanie partnera jest ponad nasze siły, że nas spala, wykańcza, a trwa już od wielu miesięcy – może czas zastanowić się czy warto. My się w przeszłości zbyt rzadko nad tym zastanawialiśmy i trwaliśmy w relacjach, w którzy żadna strona szczęśliwa nie była. Przykład: facet wybucha co chwilę agresją, zdarza się, że walnie w stół. Nie do pojęcia jest dla niego, żeby uderzył kobietę, ale stół wymieniacie już czwarty raz. Akceptować czy nie? Po jednych to spłynie, bo sobie pomyślą: “No kurka, impulsywny to on jest strasznie, jak dzieciak, ale dobrze o tym wie, stara się to zmieniać, więc nie ma bata, kiedyś się zrównoważy”. Ale inna stwierdzi: “Nie, nie, jakaś masakra, boję się, czy czasem mnie samej nie walnie i zresztą, jak on mnie strasznie traktuje, te jego wybuchy mnie rozwalają! Odchodzę!” I teraz która reakcja jest lepsza? Dla nas – żadna. Po prostu, ludzie mają w różnych sferach deficyty dojrzałości i jak się dobiorą nie tymi deficytami, co trzeba, to się po czasie rozstaną i już.

Ale wróćmy na chwilkę do edukacji.

Im więcej wiemy o funkcjonowaniu człowieka, tym łatwiej jest nam zrozumieć, czemu nie zawsze postępujemy tak, jakbyśmy chcieli. I czemu nasz partner nie zawsze tak postępuje.

Łatwiej o wyrozumiałość i związane z nią stabilne uczucie. Nawet w przypadku bardzo niestabilnych charakterów 🙂

Czy jest tutaj miejsce na intuicję? Słuchanie jej oraz swoich instynktów jest mocno w cenie, ale… w naszej kulturze często są one po prostu skrzywione przez różne „mundrości ludowe”. A chyba jeszcze bardziej przez teorie pseudonaukowe. Nie żyjemy w mitycznym Edenie, tylko w XXI wieku, w cywilizacji postindustrialnej. Poza kontaktem ze swoim wewnętrznym ja i instynktami przyda się weryfikowanie ich poprzez odwoływanie się do dowiedzionej wiedzy o funkcjonowaniu człowieka.

3. Jakość więzi

Być może wiecie już z naszych poprzednich artykułów, że, gdy dziecko przychodzi na świat wyposażone jest w mechanizm przywiązywania się. Ma on ułatwić mu zbudowanie z opiekunami tak silnej relacji, aby maluch był chroniony przez te wszystkie lata, podczas których sam by sobie nie poradził. Zarówno rodzice, jak i dziecko wdrukowani mają repertuar „zachowań przywiązaniowych”. Dziecko, kiedy się oddala, co chwilkę odwraca głowę, żeby utrzymać kontakt wzrokowy, płacze, aby wezwać do siebie rodzica, uśmiecha się uroczo, ładuje nam się na ręce, chowa się za nas, kiedy się zaniepokoi. Rodzic z kolei odwzajemnia uśmiechy, jego oczy rozświetlają się na widok dziecka, cieszy się jego obecnością, zaprasza do wspólnej zabawy, inicjuje kontakt, wspiera, pomaga, uczy, pilnuje, opiekuje się, karmi itd. Im więcej takich szczerych i spontanicznych zachowań przywiązaniowych, tym większa szansa na prawdziwą, trwałą bliskość pomiędzy dzieckiem, a jego głównym opiekunem.

A teraz – jak to się wszystko ma do związków? Otóż, w dorosłym życiu relacje międzyludzkie opierają się na bardzo podobnych zasadach. W relacji partnerskiej nie ma, co prawda (z założenia), pozycji dominującej i zależnej, jak ma to naturalnie miejsce w kontekście opieki nad potomstwem, jednak cała reszta jest bardzo zbliżona. Dla nas płynie z tego ważna nauka.

Nasza więź z ukochanym/ukochaną będzie zależeć od tego, na ile obie strony są zdolne do podejmowania zachowań przywiązaniowych. Na ile jesteśmy w stanie budować silną, trwałą więź, która nie słabnie wraz z rozłąką fizyczną, lecz wykracza poza czas, przestrzeń, a bywa że nawet życie…

Jak pisał John Donne:

“…

Kto kocha jak przyziemny sknera,

Ciałem, nie duszą – temu biada:

Rozłąka wszystko mu odbiera,

Co się na jego miłość składa.

Lecz my, miłości tak wspaniale

Pewni, że już nie wiemy sami,

Czym jest — my nie musimy wcale

Stykać się dłońmi czy wargami.

Dwie dusze jedną są istotą,

Więc w czas rozłąki się nie zmienią:

Jak wyklepane w drucik złoto,

Nie przerwą się, lecz rozprzestrzenią.

Są dwie, lecz dwie tak jak ramiona

Cyrkla podwójne; twoja dusza,

Jak igła unieruchomiona,

Jednak wraz z moją się porusza.

I — chociaż w centrum pozostała —

Gdy ramię w koło się obraca,

W ślad za nim się wychyla cała,

Prostuje się, gdy ramię wraca.

Taka bądź, choć nam nie po myśli

To, że odległym błądzę kołem:

Stałość twa obieg mój uściśli

I każe skończyć, gdzie zacząłem.”

 

(fragment pochodzi z wiersza „Waleta żalu zabraniająca”)

Przykład osobisty (żOna) – w wielu poprzednich relacjach zżerała mnie zazdrość. Czasami większa, czasami mniejsza. Zazwyczaj ją skrywałam, wiele razy jednak niesiona falą lęku o swoją pozycję wszczynałam aferkę. Nie znosiłam tego, co czuję i co robię. Nie lubiłam siebie w tej wersji i co najważniejsze – nie rozumiałam, czemu się tak zachowuję. Wiem, wiem, poczucie własnej wartości, lęk przed zaufaniem i inne psychologiczne hasła. Żadne z nich nie dawało mi rozwiązania. Problem jednak zniknął z dnia na dzień, kiedy weszłam w obecny związek. Co się zmieniło? Jakość więzi. Mążczyzna bardzo o nią dba. Jest zaangażowany, nie lubi mieć przede mną tajemnic i na milion sposobów okazuje mi, że jestem tą jedną jedyną, najważniejszą na świecie. Z mojej strony wygląda to tak samo. Zazdrość zniknęła, ponieważ więź jest tak silna, bliska że nie ma pomiędzy nami przestrzeni na jakiekolwiek obawy o lojalność czy szczerość. Przez lata biłam się po głowie, że coś ze mną jest nie tak, skoro bywam taka zazdrosna. A jednak – rozwiązanie nie leżało we mnie, ani w moich partnerach, lecz w jakości więzi między nami.

Na dzisiaj kończymy, część druga za kilka dni. Czemu? Bo podobno za długie wpisy przerażają czytelników. Podzielcie się z nami w międzyczasie, jak znajdujecie to, o czym przed chwilą przeczytaliście.

Do usłyszenia!

"Kochankowie" 1928r.
Obraz Rene Magritte’a „Kochankowie”, 1928r.

Na zdjęciu u góry widzicie Rene Magritte’a i jego żonę, Georgette Berger. W świecie artystów podobno byli jedną z niewielu szczęśliwych par, która przetrwała nawet zdradę. Podobno mawiali, że są dla siebie wzajemnie opiekunami i dziećmi. Podobno śmiali się nawet ze swoich największych wad. Podobno. Cóż, nawet jeśli to tylko legenda, niechaj działa ku pokrzepieniu serc. Skoro w takiej bohemie się dało, to wszędzie się da! 😉

Podobne wpisy