Szukasz sposobu, aby zacząć żyć świadomie, tu i teraz? Oto on!


Czy chciałbyś/chciałabyś uwolnić się od pędu zachodniej cywilizacji? A może pragniesz powrócić do czasów beztroskiej zabawy? I ponownie zachwycać się chmurami, liśćmi spadającymi z drzew i kasztanem, co spadł u twych stóp. A może chciałbyś mieć jeszcze więcej – żyć tu i teraz, być uważnym, świadomym i takim slow, że nawet nie wiedziałbyś, że teraz akurat bycie slow jest modne niesłychanie? Jeśli wszystko to brzmi dla ciebie niczym bajka – zrób sobie dziecko!

Wiem, wiem, stereotypy mówią inaczej. Że dziecko to stres, ogromna odpowiedzialność, nieustanny lęk, wieczne wykończenie, niedospanie, frustracja, napięcie itd. Nic dodać, nic ująć – tak właśnie jest! Ale kto i kiedy powiedział, że to wszystko wyklucza jednoczesny rozwój? Kto powiedział, że po chwilach frustracji nie następują chwile błogiej radości? A po nieprzespanej nocy zaskakująca chwila snu w ciągu dnia? A podczas całego dnia napięcia częste chwile rozluźnienia i stanu głębokiego relaksu, kiedy patrzymy, jak małe rączki naszego szkraba coś tam sobie dłubią w ziemi?

W moim przypadku dopiero narodziny Córy były w stanie wybić mnie z pewnych nawyków. Takich, które były zwyczajnie szkodliwe, ale ja – przyzwyczajona do nich od lat – nawet nie potrafiłam już w pełni odczuwać ich negatywnego wpływu. Jak zatem Mała nauczyła mnie uważności? Zobaczcie sami:

  • Przestałam dużo rozmawiać przez telefon, bo Córa obok się przy tym napinała. Zwłaszcza gdy rozmawiałam dużo, głośno i się w trakcie sama napinałam. Kiedy Mała podrosła zaczęło być wyraźnie widać, że czuje się wtedy wykluczona z relacji (i słusznie), zwyczajnie pozostawiona sama sobie. Zaczęłam rozmawiać spokojniej i krócej, a efekty w jej reakcji na te rozmowy były natychmiastowe. Dodam jeszcze, że nigdy nie znosiłam rozmów telefonicznych, ale nie byłam tego wcześniej świadoma. A jak już stałam się świadoma, to z kolei nie potrafiłam ludziom przerwać, bo czułam, że chcą pogadać. No, a teraz przerywam i staram się umawiać na żywo (staram się – idealne określenie…).
  • Przestałam non stop spoglądać na telefon, tablet i laptop, bo Córa też wtedy chce, a to jest dla niej niewskazane (o tym, czemu niewskazane napiszemy innym razem). Pewnie jest już Wam znany fakt, że bycie non stop on-line mocno utrudnia uważność… Obecnie te trzy sprzęty leżą wysoko na półce, schowane i sięgam po nie wtedy, kiedy jest czas pracy, albo relaksu, ale bez towarzystwa dziecięcia.
  • Zaczęłam całą sobą, z pełnym zaangażowaniem czytać, układać klocki, układać historie, lepić z ciastoliny, malować, rysować, kolorować itd. Jeśli takiej pełni zaangażowania nie ma nasza Mała to czuje i szybko się nudzi. (Btw – znacie już nasz post o tym, czemu dzieci się nudzą? Wiele on wyjaśnia w tym temacie).
  • Zaczęłam dostrzegać (ponownie), jak to pisała Maria Pawlikowska-Jasnorzewska „każdą najmniejszą trawkę” na spacerach i zachwycać się nią, aby pomóc Małej w odkrywaniu świata.
  • Zaczęłam być bardziej uważna na dźwięki, żeby wyłapać samolot na niebie, śmieciarę za zakrętem, ptaszka na gałęzi i kocura w krzakach. I na to wszystko reagujemy teraz razem, mówiąc: „WOW!”. Zwłaszcza na śmieciarę, na którą czekając regularnie z rana wydeptujemy dziurę pod jednym z okien w domu.
  • Zaczęłam być też bardziej uważna na nieco mniej romantyczne kwestie – czy czasem Córa czegoś z ziemi nie zjadła, nie połknęła, czy skądś nie spadnie 😀
  • Zaczęłam być bardziej czujna na swoją własną równowagę oraz różne emocje podczas rozmów w domu, bo Mała wszystko słyszy i czuje. I absolutnie nie chodzi mi o tłumienie tych emocji. Chodzi o zwykłą myśl – „nie warto się w to zagłębiać”, albo „teraz nie można się nakręcać, bo ONA słyszy”. A później i tak się nie chce do tego wracać, bo impulsywność mija, a zostaje tylko (aż) miłość. I po sprawie.
  • Zdobyłam umiejętność cieszenia się codziennymi czynnościami. No dobrze, będąc szczerą to zawsze lubiłam robić pranie, wieszać, układać, sprzątać, odkurzać i zmywać. Ale – nie znosiłam gotować! W ogóle kuchnia miała być dla mnie wiecznie czysta, więc o robieniu w niej czegoś nie było mowy. Ze względu na zdrowe odżywianie i dietę freaków, owszem, gotowałam wcześniej bardzo dużo w domu, ale – szczerze tego nie lubiłam i postrzegałam jako przysłowiowy „dopust Boży”. No i nagle Mała zaczęła powoli ogarniać pomaganie mi w kuchni – dosypywanie rodzynków do ciasta, wkładanie ząbków czosnku do wyciskarki, odrywanie płatków skórki z cebuli (wcześniej przeze mnie naderwanych, bo jednak wciąż półtoraroczne rączki za małe na takie operacje), mieszanie czegoś, no i oczywiście najważniejszy punkt – rozpindrzanie wszystkiego dookoła! 😀 Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale to wszystko stało się nagle przyjemne! Nie robię tego sama na szybko, tylko powoli i spokojnie w towarzystwie jednej z najbardziej ukochanych mi osób na świecie! Z którą w dodatku za wiele jeszcze nie pogadam, zatem wspólne robienie czegoś dostraja nas wspaniale do siebie, bez konieczności używania słów.
  • Mam teraz regularnie posprzątane mieszkanie. I to nie to, że po prostu jest czysto. Ba, tak to każdy potrafi! 😉 Mamy w mieszkaniu o wiele mniej rzeczy niż kiedyś, zaś każda z nich ma swoje miejsce. A jak nie może sobie znaleźć miejsca, to się wyprowadza z domu. O wiele mniej też  kupujemy, bo nie chcemy uczyć naszej córki bezrefleksyjnego konsumpcjonizmu. Zwyczajnie też nie ma na różne przedmioty tyle miejsca, bo i tak w domu wraz z dzidzią pojawiło się sporo rzeczy, które uważamy za niezbędne (np. nocnik). Na tyle dużo się ich zresztą pojawiło, że bez metody Marie Kondo bym chyba zwariowała! (A tak to, i owszem, zwariowałam od tej pory już kilka razy, ale przynajmniej w domu mam porządek!)
  • Przestałam czytać głupie gazetki! To jest moje wieeeelkie osiągnięcie. Wiecie, chodzi o te babskie otumaniacze, wciskające kit, że kobitka tylko usta maluje, przegląda Zalando i sprawdza czy wciąż ma rozmiar 34. Mała siadała obok mnie z kredkami i najpierw przeglądała kartki tych gazet (oczywiście, w tempie wykluczającym czytanie), a później domalowywała paniom w tych gazetkach, co tam sobie akurat wymyśliła. No i niby fajnie, ale tak mną razu jednego tąpnęło, że właśnie uczę ją, jak wyglądają inne kobiety. I czym się – o zgrozo – zajmują! Ten moment stał się przełomowy i w naszym domu nie ma już magazynów dla kobiet, przepełnionych modą, a właściwie reklamami. Okazjonalnie pojawiają się Wysokie Obcasy. Od dawna chciałam już zerwać z nałogiem przeglądania takich czasopism, bo u mnie było to po prostu rozładowywanie napięcia. Znieczulanie się i wprowadzanie w stan błogiej beztroski, gdzie największym zmartwieniem jest to, gdzie dostać tę najnowszą maseczkę i jak dotrwać do Wielkiego Szaleństwa Zakupów i tysiąca promocji nie kupując upatrzonej rzeczy już dzień wcześniej, bo przecież taka piękna, no, a mogą ją wykupić! Nagle znacznie zwiększył się mój czas na czytanie tego, czego naprawdę pragnę, zamiast tego, po co sięgam powodowana impulsem. Nie mówiąc o tym, że pojawił się czas na oglądanie chmur i myślenie o niczym 🙂
  • Lubiłam sobie też kiedyś chadzać po galeriach handlowych. Tak, dla relaksu, pooglądania fajnych ciuchów, poprzymierzania, poekscytowania się ładnościami. Tylko, że w takich miejscach dziecięcy układ nerwowy dosłownie świruje i cóż, decyzja była oczywista. A korzyść – chyba nie muszę już się rozpisywać.
  • Przestałam też nieregularnie jeść i podjadać cokolwiek w międzyczasie. Rutyna potrzebna mojemu dziecku zdziałała cuda również i w naszym życiu. Zaczęła je nieco porządkować. Ten proces wciąć trwa, bo nadal staramy się dograć kilka aspektów, ale już widzimy efekty, więc dodaję do listy. Z wielką zresztą ulgą, którą byłam w stanie poczuć dopiero, gdy zobaczyłam różnicę pomiędzy „szaloną spontanicznością”, o której tyle filmów się kręci i „błogosławioną rutyną”, mniej medialną, ale jakże piękną!

Printable up to 6"x8

Niby wszystko fajnie, jest relaks, ale w tle czai się coś jakby galeria Złote Tarasy… 😉
(jeden z wielu znakomitych kolaży autorstwa Eugenii Loli).

Dla mojego samopoczucia, funkcjonowania wszystkie te zmiany mają wielkie znaczenie. Jak to z uważnością – jestem spokojniejsza, bardziej zrównoważona, przez co mam więcej sił do radzenia sobie z codziennymi frustracjami. Przeżywam więcej radości, w sumie bardziej zależnej od tego, czy akurat się wystarczająco skupię, wyciszę niż od tego, czego akurat doświadczam. O zaletach tych zmian mogłabym zresztą długo pisać, ale chciałabym się dzisiaj skupić na czymś innym i zadać ważne pytanie.

Czemu akurat narodziny dziecka tak nas zmotywowały do zmiany?

Bo tak bardzo je kochamy? Siebie samych i siebie nawzajem też kochamy, ale jakoś nam to nie wystarczyło do wprowadzenia zmian. Bo zaczęło nam zależeć na zdrowiu? Wcześniej też zależało i czuliśmy się za nie odpowiedzialni. No to może… Nie, kochani, żadne racjonalne pomysły nie oddadzą istoty sprawy, a to dlatego, że rozbiła się ona o czyste emocje. Czyste, czyli te pierwotne, te, co siedzą jeszcze w głębi mózgu i daleko im wciąż do kory przedczołowej, która je oceni, zawyrokuje skąd się wzięły oraz jaka myśl je wywołała. Te emocje, które bazują na naszych instynktach i najgłębszych potrzebach. Te, które wzbudzają się, kiedy jest nam dobrze i kiedy jest nam okrutnie źle.

Otóż, te właśnie głębokie emocje umożliwiają rodzicom odczuwanie cierpienia wtedy, kiedy odczuwa je dziecko. Można powiedzieć, że mózgi dziecka i rodzica dostrajają się do siebie, komunikują i zupełnie bez słów przekazują sobie informacje o tym, jaki jest stan jednej i drugiej strony. A teraz hit – rodzic może nie być świadomy własnego dyskomfortu, może być znieczulony na światła i hałas galerii, po której chodzi od 3 godzin, ale dziecko jest na naszym świecie świeżakiem i wszystko to doskonale odczuwa. Nie tylko swój stres, ale też napięcie rodzica! Co więcej, ma słabszą samoregulację, bardziej wrażliwy układ nerwowy, a że na nas w takich chwilach nie do końca może liczyć zwyczajnie zaczyna się bardzo męczyć i dawać tego oznaki. Każdy rodzic zaś wie, że cierpienie własnego dziecka jest po prostu hardcorowo trudne do zniesienia! I jeśli tylko możemy je zminimalizować, usunąć, to staramy się to robić. Oczywiście, nie zawsze się da (bo np. dziecko musi mieć zastrzyk), ale przeważnie mamy spory wpływ na to, co się dzieje i NAPRAWDĘ możemy już wyjść z tej galerii.

Podsumowując zatem – czemu cierpienie dziecka jest w stanie zmotywować nas do zmiany zachowania, a nasze własne nie? Bo na nasze już się często znieczuliliśmy, wyrabiając w sobie określone nawyki, czy też schematy, w których to schematach podejmowanie określonego zachowania redukuje w nas napięcie (np. moje czytanie durnych gazetek). Skoro jesteśmy znieczuleni tzn., że dosłownie NIE ODCZUWAMY tych emocji dyskomfortu. A to przecież emocje są tym, co porusza nas do działania! Jeśli mamy zatem coś zmienić zwyczajnie musimy CZUĆ, jak bardzo dana rzecz nam szkodzi. Nie tylko rozumieć, postanawiać czy decydować. Musimy to czuć na głębokim poziomie, na którym powstaje energia do natychmiastowego podjęcia zmian. I ta energia, ten kop pochodzi właśnie nie z postanowień czy samokontroli, lecz z silnego impulsu głębokich emocji, głębokich potrzeb opieki i więzi.

To nie racjonalizm porusza nas do działania, lecz emocje. W tym wypadku takie, których nie możemy znieść oraz takie, które motywują nas do wielkiej troski o dziecko.

Jest moc, prawda?

Na dziś to tyle! A co u Was? 😉

(A u góry ilustracja z lat 20-tych, Johna Newtona Howitta. Dla nas kwintesencja! Mogłaby zastąpić cały artykuł, gdybyśmy tylko nie lubili tak pisać… )

Podobne wpisy