W dodatku nigdy się nie poświęcam!


Skoro poświęcić można tylko rzecz o wyższej wartości dla rzeczy o niższej wartości, to czy kult Matki Teresy oznacza zachęcanie ludzi do rezygnacji z tych najważniejszych dla nich wartości na rzecz mniej istotnych spraw?

W nomenklaturze współczesnego rodzica „się poświęcam”. Codziennie o świcie budzę się z obolałymi rękoma. W prawej mam zdrętwiałe trzy palce – środkowy, serdeczny i mały, a dotkliwy prąd ciągnie się w niej aż do łokcia. W lewej odczuwam ostry ból przy najmniejszym poruszeniu kciukiem. Ma to nawet swoją nazwę „kciuk matki” (bardziej fachowa to zespół de Quervaina). I już sama ta potoczna nazwa brzmi jak definicja poświęcania się. Kciuk matki, która nosi, podnosi, przekłada, myje, wspiera, żongluje swoją ukochaną kulką z ręki do ręki, zaciskając zęby, a jednak się uśmiechając. I to nie tym nieprzyjemnie sztucznym uśmiechem, którym obdarza się panie w urzędzie. To uśmiech tak głęboki i szczery, że na ten jeden moment konieczności działa on przeciwbólowo.

Słyszę wobec powyższego dość często komentarze – “Kochana! Nie możesz się tak poświęcać”.

Odpuśćmy sobie teraz emocjonalne hasła i gloryfikację Matki Polki. Czy też potępianie Matki Polki. Spójrzmy na to logicznie. Wspaniała filozof Ayn Rand (czemu tak mało znana jest w Polsce?!) napisała (jak jeszcze żyła ;), że ze słowem “poświęcanie się” wiąże się sporo nieporozumień. Chodzi o to, że jeśli poświęcamy coś dla czegoś innego, tzn., że ta pierwsza rzecz musiała mieć dla nas większą wartość niż ta druga. Poświęcić można tylko coś bardziej wartościowego dla czegoś mniej wartościowego. Jeśli jest odwrotnie – rezygnujemy z czegoś mniej wartościowego na rzecz czegoś bardziej wartościowego, to nie jest poświęcenie, lecz zysk.

Jak wobec tego wyglądają te wszystkie matki-tatki, co powtarzają – “Tyle dla Ciebie poświęciłam dziecko!”? Czy dla tych matek dzieci NIE są wcale najwyższą wartością, więc nieustannie czują, że się poświęcają, a przecież mogłyby w tym czasie robić tak wiele WAŻNIEJSZYCH rzeczy? Nie sądzę… Instynkt macierzyński jest tak silny, że dla większości matek dzieci jednak są najważniejsze. Gdyby zastanowiły się, co właściwie czują i jakie są ich wartości, to być może doszłyby do wniosku, że właściwie nigdy nic dla dziecka nie poświęciły, bo zwyczajnie nic ważniejszego nie było.

Tylko że większość matek sobie tego pytania nie zadaje. A zwyczajnie nikt nie powiedział im, że poświęcanie się pozbawione jest po prostu sensu.  Wychowały się w kulcie Świętej Maryi i Matki Teresy, promującym poświęcanie. A nazywając rzeczy po imieniu – promującym robienie z siebie ofiary. 

Wyobraźcie sobie to: “Drodzy Rodacy! Wiem, że najważniejsze są dla Was dzieci, ale musicie być silni i wytrwać! Musicie być w stanie poświęcić dobro tych dzieci dla swoich ambicji. Tak trzeba, bo w życiu trzeba się poświęcać!”

Albo: “Obywatele! Najwyższą wartością jest nasz kraj! Musimy dla niego działać! Wiem, że są dzieci i one was potrzebują, ale poświęcenie dla kraju to akt najwyższej odwagi!” (to akurat brzmi znajomo…;)

Czujecie ten absurd?

Namawianie kogokolwiek do rezygnowania z najwyższych wartości na rzecz niższych równoznaczne jest z demoralizowaniem. Z namawianiem do zatracania tych swoich wartości. Oznacza promowanie pracy ponad opiekę nad dzieckiem (kobieta MUSI się spełniać zawodowo!), promowanie wykształcenia dzieci ponad ich bliskość z rodzicami (lepiej, żeby się uczyło 12h dziennie, niż spędzało długie godziny w kontakcie  z rodziną).

Ten, kto uważa, że się wielce poświęca bardzo często ma poczucie bycia ofiarą. Tyle bym mogła, gdyby nie to, że się dla mojego dziecięcia poświęciłam! Ten sposób myślenia dosyć, że jest nielogiczny, to jeszcze mocno podcina skrzydła. Zamiast czuć się dumną i spełnioną, że żyje w zgodzie ze swoimi wartościami, to taka osoba się katuje, że mogłaby robić coś innego. A wszystko mogłoby się zmienić w jednej sekundzie, gdyby tylko zechciała zmienić perspektywę na bardziej racjonalną… Ponadto, przekonanie o poświęcaniu się wpływa negatywnie na relacje z tymi, dla których się rzekomo poświęcamy. Kto z nas czułby się dobrze, widząc, jak kochana osoba się męczy i słysząc od niej „Tyle dla ciebie zrobiłam!”? Albo nawet nic nie słysząc, ale czjuąc podskórnie, że gdyby nie to całe poświecenie to ta osoba byłaby o tyyyyyle szczęśliwsza.

Postawmy zatem sprawę jasno – ja się nie poświęcam! Nie poświęcam się w życiu dla nikogo. Ani dla rodziców, ani dla męża. Ani dla dziecka. Się nie poświęcam, bo dla mnie relacje z bliskimi stanowią najwyższą wartość. Kiedy wybieram pobawienie się z Małą zamiast czytania to dlatego, że ona jest dla mnie ważniejsza niż wszystko, co mogę przeczytać. A jeśli wybieram poczytanie, to dlatego, że to jest w danym momencie bardziej racjonalne – muszę zarobić, albo doładować baterie, mieć więcej energii życiowej, m.in. dla Małej. Kiedy napędzana wieczornym łaknieniem nie zjadam resztek domowego ciasta, żeby Mążczyzna miał je na rano do kawy, to też się nie poświęcam. Bo jego przyjemność ma dla mnie większe znaczenie, niż 5 minut smaku ciasta w ustach (tak, niestety, ciasta pochłaniam w 5 minut, żadne tam delektowanie się przy gazetce, ciasta wtranżalam, aż mi tchu brak…). A innym razem zjadam resztki domowego chleba, nie zostawiając mu ani okruszka, bo akurat nie mam siły robić nic innego.

Nadszedł czas, gdy od mojego pogłębiania samoświadomości zależą nie tylko losy moje, ale również mojego dziecka. Tak, wiem, że to osobna istota, że za jakiś czas będzie w pełni niezależna, pójdzie w świat i będzie odpowiedzialna za swoje życie, wybory, błędy i osiągnięcia. Ale póki co błękitne oczy mojej córki wpatrują się we mnie z uwagą i chłoną każdy gest. Każde słowo i krok są skrupulatnie analizowane i obrabiane przez mały, ale tak zdumiewająco pojemny umysł. Moja odpowiedzialność jako rodzica, to przyznać – przed sobą i innymi – że póki co, jestem jej przewodnikiem. W komórkach swojego malutkiego ciałka ma ona zapisane, żeby uczyć się ode mnie, jak wygląda świat i ufać mi. Żeby korzystać ze swoich instynktów na tyle, na ile jej one wystarczają. Reszty zaś uczyć się od swoich opiekunów. Ode mnie i Mążczyzny. Są chwile, gdy rozpiera mnie duma i mówię: „Patrz Córo, oto jak trzeba to robić” (a pod “to” kryje się smakowite ciasto, udany artykuł czy też trudna rozmowa z Mążczyzną, w której oboje zachowaliśmy do siebie szacunek i staraliśmy się wzajemnie zrozumieć). Ale są też chwile, gdy myślę „Dziecko drogie, odwróć wzrok, nie słuchaj, co matka gada!”.

Ale ona słucha…

Czy tego chcę czy nie, moja Córa bierze życie, jakim jest. Nie selekcjonuje tego, co u mnie podpatrzy na mądre i głupie, potrzebne i niepotrzebne. Tak jak i ja, i moja matka i jej matka i matka jej matki – bierze od swoich rodziców wszystko, podświadomie licząc na to, że to, co dostaje pomoże jej w życiu.

Nie chcę, żeby ona się kiedyś poświęcała. Chcę, by potrafiła być autentyczna. Jednak, żeby bycie szczerą było dla niej normą, “oczywistą oczywistością”, to musi takie zachowanie wypić z mlekiem matki. Czyli moim…

No i wracamy do punktu wyjścia…

P.S. Jeśli dla Matki Teresy to, co robiła naprawdę było najwyższą wartością, to ona również się nie poświęcała. Wielu na tym skorzystało, ale nie zmienia to faktu, że było to zaspokajanie swoich głębokich potrzeb.

(Obraz u góry jest autorstwa współczesnego malarza Davida Graeme Bakera)

Podobne wpisy


  • Marta P

    Poświęcanie się chyba po prostu jest mylone z (bardziej lub mniej świadomym) rezygnowaniem z siebie, jak to często bywa może chodzić tylko o słowa 🙂

    • Tak, często sprawa rozbija się właśnie o to, co dane słowo dla kogo znaczy. Kiedyś tak sobie pomyśleliśmy, że w grupie ludzi wypadałoby właściwie przed rozpoczęciem jakiejkolwiek dyskusji uwspólnić definicje, bo w innym wypadku to chaos, a nie rozmowa 😉